Intuicja gracza giełdowego

51

Wokół rynków finansowych krąży cała masa podań, legend i baśni, które niejednokrotnie są nie tylko dalekie od rzeczywistości, ale po prostu szkodliwe. Na temat królowej giełdowej mitologii, jaką jest intuicja chciałbym poświęcić kilka wpisów, rozmontować ją na części pierwsze i zburzyć kilka kolosów na glinianych nogach, jakie wokół niej powstały.  

Mija właśnie piąty rok mojej przygody z rynkami finansowymi. Od samego początku czytałem w różnych źródłach o tym, że aby osiągnąć sukces na giełdzie trzeba mieć „chociaż trochę” intuicji. Kłóciło się to z moim rozsądkiem, gdyż wszystkie ważne (a do takich zaliczają się te dotyczące giełdy) decyzje staram się podejmować w sposób możliwie jak najbardziej metodyczny. Zero opierania się na przeczuciach, gdyż uważam to za zgubne. Tymczasem ciągle natrafiałem na tę nieszczęsną intuicję. Usiłowałem znaleźć jednoznaczną odpowiedź na to pytanie, ale ciągle pojawiały się nowe wątpliwości. Zwolennicy inwestowania „systemowego” twierdzą, że tylko jednoznaczny sposób podejmowania decyzji umożliwia osiągnięcie zysku na giełdzie, natomiast zwolennicy „użyj mocy Luke” uważają, że rynek ciągle się zmienia, że nie da się wszystkiego uporządkować w jednoznaczne standardy i że intuicja jest ważna, aby podejmować trafne decyzje. Jedni swoje, drudzy swoje, a ja nie miałem bladego pojęcia, kto ma rację. Jakiś czas temu rozmawiałem z kimś, kto kiedyś dawno temu mówił mi, że powinienem przestać tak sztywno myśleć i rozwijać swoją intuicję, jeśli chcę zarabiać pieniądze na giełdzie, przy czym sam głęboko w to wierzył. Podczas tej rozmowy, gdy zapytałem się go jak tam jego inwestycje, odpowiedział mi bez ogródek, że… stracił kasę i dał sobie z tym spokój. Nie muszę chyba mówić, że jego decyzje opierały się głównie o próby „wyczucia” rynku. To ostatecznie skłoniło utwierdziło mnie w przekonaniu, że słuchanie się intuicji jest dla inwestora tak samo dobre, jak jazda na łysych oponach dla kierowcy. I nie mówię tutaj o miłośnikach driftingu.  

Ok, koniec tego przydługiego wstępu, przejdźmy do konkretów. Wielu spekulantów (ładnie nazywających siebie traderami) zaczyna swoją przygodę z rynkiem opierając swoje decyzje głównie o intuicję albo stosowanie bardzo nieprecyzyjnych technik, jakimi są np. linie trendu czy poziomy wsparcia i oporu (o tym w innym wpisie). Oczywiście nie mogę ich za to krytykować, gdyż każdy kiedyś zaczynał i nie miał o tym zielonego pojęcia. Jednak przynoszące stałe zyski inwestowanie w oparciu o intuicję jest domeną starych wyjadaczy, którzy zajmują się rynkami od kilkudziesięciu lat. I pewnie można ich policzyć na palcach pijanego tokarza. Tymczasem początkujący trader kierujący się intuicją tak naprawdę żyje w przekonaniu o swojej wyższości nad innymi uczestnikami rynku, tworzy trudne do uargumentowania pseudoanalizy i kieruje się przeczuciami, które są determinowane przez cały szereg heurystyk, behawioralnych pułapek, odruchów stadnych lub kontrariańskich, o czym zapewne nawet nie wie. Kiedy zaś będzie tracił pieniądze lub wręcz zbankrutuje to nie będzie potrafił ustalić prawdziwej przyczyny, czemu tak się stało. No, może będzie i winnymi uzna „onych”. „Oni” to ci wszyscy źli faceci, którzy mają dostęp do ściśle tajnych informacji, manipulują kursem i tylko czekają na to, aby ograbić naszego tradera z jego zaskórniaków.  

Ale czy tak naprawdę nasz trader jest sam sobie winien, że stracił całą kasę? Otóż… nie do końca. Pewnie wyda się to dziwne, ale do jego upadku pośrednio przyczyniła się tzw. „fachowa” literatura. Wiadomo, że jeśli ktoś chce nabyć jakieś umiejętności, zwykle sięga właśnie po nią. Tylko w giełdowym rzemiośle problemem jest, że początkujący trafia przeważnie na pozycje, które pod pozorem naukowego podejścia zachęcają właśnie do korzystania z intuicji, ale o tym jeszcze kiedy indziej. Kolejnym powodem, dla którego zdawanie się wyłącznie na nią może być niebezpieczne, choćby dlatego że każdy może mieć gorszy dzień, jest w gorszej dyspozycji psychofizycznej, przeżywa stres czy gnębią go jakieś emocje kompletnie nie związane z giełdą. A to wszystko zaburza koncentrację i procesy myślowe, które z kolei przekładają się na wyniki tradera.

 Idźmy dalej. Ludzki umysł wszystkie bodźce które odbiera, stara się przyporządkować do określonych kategorii. To się tyczy także giełdy, jeśli np. widzimy na wykresie coś, co będzie nam przypominało RGR, to wejdziemy w shorta. A tymczasem – notowania mogą zachować się zupełnie inaczej, niż nam się wydawało. Do tego dochodzi zamykanie pozycji dających na mały zysk „żeby przypadkiem nie spadło” i przetrzymywanie strat „bo w końcu trend musi się odwrócić” i mamy gotowy przepis na plajtę.

Trading czasami bywa porównywany do prowadzenia firmy i tu dochodzi do głosu modne słówko „intuicja menedżerska”.  Ok zgoda, tylko że prowadząc firmę czasem wystarczy jedna dobra decyzja podsunięta przez intuicję, aby wgryźć się w rynek i osiągnąć sukces (np. tworząc innowacyjny produkt bądź usługę). Tymczasem takich intuicyjnych decyzji w tradingu trzeba podejmować wiele w ciągu każdego dnia: na jakim rynku zajmiemy pozycję, kiedy ją zająć, jakim kapitałem, do jakiego momentu ją utrzymywać, kiedy ją zamknąć itd. Możliwości popełnienia błędu jest po prostu nieskończenie wiele.

Zmierzając powoli do końca. Jak sprawdzić czy masz intuicję do zarabiania na giełdzie? Odpowiedź jest prosta i brutalna: spójrz na wynik z rachunku maklerskiego. Oczywiście nie na kilka ostatnich transakcji, które były udane bo po prostu mogłeś mieć szczęście, tylko na dłuższy okres. W większości przypadków nie muszę mówić jaka ona będzie.