TMS Brokers wycofuje pozwy przeciw klientom. „Cała sytuacja nauczyła nas jeszcze większej pokory”

98
TMS-Brokers

Nieoczekiwany przełom w sprawie sporu domu maklerskiego TMS Brokers i jego klientów! Po roku sądowych batalii firma zdecydowała się wycofać pozwy przeciw klientom. W rozmowie z money.pl Marcin Niewiadomski, prezes TMS Brokers, twierdzi jednak, że nie oddaje sprawy „walkowerem”, a słowo „przepraszam” się klientom nie należy. – Mogę powiedzieć, że jest nam naprawdę przykro, że musieliśmy pójść w tym kierunku, i że w ogóle do takiej sytuacji doszło – mówi. – Cała sprawa nauczyła nas jeszcze większej pokory do rynku.

Przed rokiem money.pl ujawniło, że firma brokerska TMS Brokers pozwała do sądu własnych klientów o zapłatę debetów, które powstały na ich foreksowych rachunkach po wydarzeniach z „czarnego czwartku” 2015 roku, gdy frank szwajcarski skokowo umocnił się do najwyższego poziomu w historii. Firma zażądała od nich zapłaty gigantycznych pieniędzy, chociaż debety powstały nie w wyniku złych decyzji inwestycyjnych klientów, ale tego, że broker zmienił ceny rozliczeń transakcji już po ich zawarciu. W ciągu kilku minut z ich rachunków wyparowały oszczędności, a na ich miejscu pojawiły się debety na kilkanaście tysięcy złotych. Teraz TMS Brokers wycofuje pozwy.

Łukasz Pałka: Wycofaliście właśnie pozwy złożone przeciw własnym klientom w związku z wydarzeniami z „czarnego czwartku” 15 stycznia 2015 roku. Skąd to nagłe przyznanie się do błędu?

Marcin Niewiadomski, prezes TMS Brokers: A kto powiedział, że przyznajemy się do błędu?

Wycofanie pozwów tego nie oznacza?

Nie. Ciągle uważam, że pod względem prawnym mieliśmy rację, ceny rozliczeń transakcji na franku szwajcarskim zostały prawidłowo zmienione, a powstałe w ten sposób debety na rachunkach klientów były uzasadnione.

Niemniej jednak sprawy w sądach pewnie ciągnęłyby się latami. Przypomnę, że mówimy o liczbie spraw, które można policzyć na palcach jednej ręki. Z dużym prawdopodobieństwem byśmy je wygrali, ale chcemy uciąć sprawę. Zrobiło się o niej głośno. Mam wrażenie, że spór o to, kto ma rację, przeniósł się z sądu do mediów.

Ale jakoś przez ponad rok na to nie zważaliście, ciągając klientów po sądach.

To przesada. Zapewniam pana, że w międzyczasie wielokrotnie rozmawialiśmy z klientami, zależało nam na tym, by z każdym negocjować indywidualnie i znaleźć wyjście z sytuacji. Ale w niektórych przypadkach spotykaliśmy się z przysłowiową ścianą.

Czyli pana zdaniem tym klientom nie należy się z waszej strony słowo „przepraszam”?

Być może bym je powiedział, gdyby nie to, że wzajemne roszczenia niektórych klientów okazały się kompletnie oderwane od rzeczywistości. Kilkunastokrotnie przewyższały kwoty wartość sporu. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że ich intencje nie zmierzały do polubownego załatwienia sprawy. Lepiej było wycofać pozwy i zamknąć sprawę.

Rozumiem, że nawiązuje pan do opisanego w money.pl klienta, który na transakcjach z 15 stycznia 2015 roku zarobił kilkadziesiąt tysięcy złotych, a wy po zmianie ceny rozliczeń zrobiliście na jego rachunku debet.

Jeszcze raz powtórzę: mamy silne argumenty za naszą racją. Niestety sprawa przeniosła się poza salę sądową. Ale tak: nawiązuję do tej sprawy.

Czy w ramach ugody proponowaliście mu zapłacenie przynajmniej części środków?

Oczywiście. Powtórzę, że próbowaliśmy się porozumieć. Niestety nie mogę powiedzieć o szczegółach. Odnoszę wrażenie, że drugiej stronie nie zależało na rozwiązaniu tej sprawy.

Szczerze mówiąc, nie rozumiem sytuacji, w której obstaje pan przy swoich racjach, a jednocześnie oddaje sprawę walkowerem.

Łapie mnie pan na za słowa, podkręca emocje, a w całej sprawie przecież nie o to chodzi.

Bo zakładam, że pozwani przez was o wątpliwe debety klienci tych emocji mieli dość sporo.

O tym, czy były one – jak pan mówi – „wątpliwe”, mógłby zdecydować tylko sąd.

Mogę powiedzieć, że jest nam naprawdę przykro, że musieliśmy pójść w tym kierunku, i że w ogóle do takiej sytuacji doszło.

Ale nie jesteśmy „chłopcem do bicia”. Mieliśmy mocne argumenty prawne i dlatego w ogóle zdecydowaliśmy się na drogę sądową. Doskonale wiemy też, że takie sprawy są monitorowane przez instytucje nadzorcze w Polsce.

Rozumiem, że mówi pan o Komisji Nadzoru Finansowego, która od całej sprawy „umyła ręce”.

To nieprawda. KNF dba o to, by klient na polskim rynku był bezpieczny. To, że KNF nie mówi czegoś publicznie, nie oznacza, że nie interesuje się daną sprawą.

Dobrze. Zatem podsumowując, wycofanie pozwów w praktyce oznacza, że klienci nie muszą spłacać debetów, a ich rachunki zostały wyzerowane.

Odstępujemy od naszych roszczeń. Dodatkowo pokryjemy koszty wyznaczone przez sąd.

W takim razie nie ma pan obaw, że teraz znajdą się klienci chętni do kontrataku i zaczną domagać się np. przywrócenia stanu rachunków sprzed feralnych transakcji i zmiany cen?

Nie. Sprawa jest dla nas zamknięta.

Jeszcze raz powtórzę: w sądzie mogliśmy wygrać, ale do tego czasu pojawiłoby się wiele zupełnie niepotrzebnych negatywnych emocji. Prowadzenie sprawy w sądzie przestało się nam po prostu opłacać.

Wszystko rozumiem. Media przeciw wam, prawnik klientów również. Rzecznik Finansowy także, skoro w opinii dla sądu napisał m.in., że odebraliście klientom symetryczne prawo do odstąpienia od transakcji i nie daliście możliwości zweryfikowania tego, czy korekta cen była prawidłowa?

Prawnik zaangażowany przez klienta czy też Rzecznik Finansowy zawsze stoją po jego stronie, taka ich rola. Rzecznik jest instytucją ważną, silną i kompetentną. Ale w tej sprawie mamy różne zdania. Proszę pamiętać, że Rzecznik opierał się głównie o informacje uzyskane od jednej strony, nie pytając nas o opinię, a przecież jest to materia niezwykle skomplikowana. Niektórych argumentów, które wykorzystalibyśmy w sądzie nie możemy też upubliczniać z uwagi na tajemnicę zawodową. To znacząco wpływa na optykę całej sprawy.

Chciałbym zaznaczyć, że zastosowaliśmy się do wszystkich wytycznych Komisji Nadzoru Finansowego. Uważam, że prawa klientów na rynku forex u polskich, licencjonowanych brokerów są bardzo dobrze chronione. Skarg z pewnością jest znacznie mniej niż na inne podmioty działające na szeroko rozumianym rynku finansowym.

Ale w całej sprawie chodzi przecież o bardzo podstawową kwestię ceny rozliczenia już raz zawartej transakcji. Robiąc debety na rachunkach klientów i podając ich do sądu, poddaliście to w wątpliwość.

Proszę nie zapominać, że korygowaliśmy również ceny na plus. Mówimy o sytuacji ekstremalnej. W „czarny czwartek” po decyzji Szwajcarskiego Banku Centralnego, wszyscy uczestnicy rynku masowo, w jednej chwili wycofali zlecenia. Nie pamiętam innego wydarzenia na rynkach, które przybrałoby taką skalę. Uwolnienie kursu franka 15 stycznia 2015 roku było totalnym zaskoczeniem dla wszystkich uczestników rynku, tym bardziej, że kilka dni wcześniej szef banku centralnego Szwajcarii zapewniał jeszcze, iż będzie bronił jego kursu do upadłego.

Żaden, absolutnie żaden broker i bank inwestycyjny na świecie nie był na to przygotowany. Nie było widać, gdzie są ceny rynkowe. Klienci zamykali pozycje na parach walutowych z frankiem, my uderzaliśmy z tymi cenami do wielkich banków inwestycyjnych (tzw. dostawców płynności), a potem okazało się, że oni zmieniali kwotowania. To uderzyło także w nas.

Mimo tego zapewniam, że żaden klient nie dostał on nas gorszej ceny rozliczeniowej od tej, po której ostatecznie rozliczyły nas zagraniczne banki, część strat braliśmy na siebie. Między innymi po to, by później uniknąć zarzutów, że na tym całym zamieszaniu zarobiliśmy kosztem własnych klientów.

Na świecie są przecież zdarzenia, które mają duży wpływ na rynki finansowe, jak np. wybory w USA, Brexit, czy kryzys w Grecji. Różnica polega na tym, że do każdego można się przygotować, bo o nim wcześniej wiemy.

Nasz biznes opiera się na prowizjach od transakcji zawieranych przez naszych klientów. Siłą rzeczy więc zależy nam na tym, aby pozostali u nas jak najdłużej. Dlatego też pilnujemy ich komfortu i bezpieczeństwa jak oczka w głowie. Nie kalkulujemy swojego biznesu na krótki okres. Chcemy współpracować z traderami przez długie lata.

Dlaczego zatem nie skierowaliście swoich roszczeń do zagranicznych dostawców płynności, a do własnych klientów?

Bo w naszym przekonaniu główni dostawcy płynności, banki, z którym współpracujemy, dołożyły należytej staranności w rozliczeniach. Nie dopatrzyliśmy się złych intencji. W tej sytuacji trudno by nam było z nimi dyskutować, czy pójść do sądu, tym bardziej, że kontrole w tych instytucjach nie wykazały nieprawidłowości.

Rozważaliśmy pozew przeciwko jednemu z naszych dostawców w Londynie. Ale opinia prawna, którą dostaliśmy, nie dała nam żadnych szans na wygraną. Tych kilka minut w „czarny czwartek” to był chaos, na rynku zabrakło płynności. Wielu brokerów wtedy zbankrutowało.

Co nie zmienia faktu, że gdybyście skierowali swoje roszczenia pod inny adres, to pewnie mielibyście klientów po swojej stronie.

Cała sytuacja nauczyła nas jeszcze większej pokory do rynku. Jesteśmy bogatsi o wiedzę, jak wiele może się zdarzyć. Z całego kryzysu wychodzimy silniejsi – o wiedzę, procedury. Doskonale sprawdziły się one przy wydarzeniach, jak Brexit czy wybory w USA. Skorygowaliśmy nasze regulaminy według wytycznych KNF, usprawniliśmy nasz system informatyczny i zerwaliśmy umowy z niektórymi dostawcami płynności.

Szefów banków centralnych zawsze słucha się z ogromną uwagą, każde słowo i gest mają znaczenie dla rynków. Bank Szwajcarii swoją niespodziewaną decyzją nie dał rynkom nawet chwili na przygotowanie się do tak znaczącego wydarzenia. Nie pozwolił instytucjom finansowym się rozminować.

Rozminować?

Nie dał czasu na to, by ostrzec klientów. Nikt, w skali całego świata finansowego, nie miał nawet chwili, by uciec. Przez to rynek spadł jak do studni. Mam nadzieję, że taka sytuacja się nie powtórzy, chociaż pewności nigdy nie ma.

Mówi pan o tym, że byliście pośrednikiem w tych feralnych transakcjach – bo skoro ceny zostały zmienione przez waszych partnerów, to musieliście zmienić je również klientom.

W uproszczeniu zgadza się.

Więc jak mają się do tego wasze umowy, w których piszecie, że w relacjach z klientem jesteście stroną transakcji?

Bo z formalnego punktu widzenia tak rzeczywiście jest, przecież drobny klient nie zawiera transakcji bezpośrednio z wielkim bankiem inwestycyjnym w Londynie. Ale jest jeszcze warstwa ponoszonego przez nas ryzyka. Część transakcji rozliczamy we własnym „worku”, a część zabezpieczamy na zewnętrznym rynku, właśnie w bankach zagranicznych. Chodzi o to, by minimalizować ryzyko, to powszechna praktyka na rynku.

Sytuacja byłaby oczywiście idealna, gdybyśmy mogli rozliczać wszystkie transakcje bez udziału dostawców płynności, wtedy nawet możliwe by było anulowanie debetów w sytuacji, o której rozmawiamy. Ale tak nie jest.

I tu dochodzimy do sedna.

Mianowicie?

Co klienta obchodzi to, z kim zawieracie transakcje zabezpieczające, skoro dla niego to wy jesteście stroną transakcji?

Ale to jest szczegółowo opisane w regulaminach, transakcje powinny być zawierane po cenach rynkowych. Klient wyraża na to zgodę w umowie.

Na przerzucanie na niego ryzyka?

Klient zawsze dostaje od nas najlepszą cenę rynkową. W „czarny czwartek” klienci zamykali pozycje, ale pytanie jest takie, czy były to ceny rynkowe. W moim przekonaniu – nie. Transakcje zostały potem zweryfikowane do cen rynkowych, a nawet lepszych dla klientów, bo – jak już powiedziałem – część strat braliśmy na siebie, część korekt cen była na plus dla klienta.

No ale przecież klient zamknął pozycję po cenie, po której zamknął.

Przecież klienci też doskonale widzieli, co się działo. Dlatego wielu wykazało zrozumienie i już dawno temu doszliśmy z nimi do porozumienia. Mogę powtarzać bez końca, że walczyliśmy o każdego klienta i o każdą transakcję. Zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, by zminimalizować straty.

Zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że forex to kasyno lub zakłady?

Doskonale pan wie, że nie. Inwestorzy, którzy poświęcają temu rynkowi bardzo dużo czasu i chcą się uczyć, mogą osiągnąć sukces. Trzeba śledzić rynki, przewidywać. Wtedy możliwe są sytuacje jak taka, gdy jeden z naszych inwestorów w dwa tygodnie z kilkudziesięciu tysięcy złotych zarobił dwa miliony złotych.

Nasze dane pokazują, że klienci potrafią zarabiać. Zarówno w dniu Brexitu, czy wyborach prezydenckich w USA zyskali oni średnio 1200 – 1300 złotych.

Gdybym miał polecić forex przyjacielowi, nigdy nie powiedziałbym mu, by lokował na nim więcej niż 5-15 procent swoich oszczędności. Bo podstawą wszystkich inwestycji, zawsze powinno być dywersyfikacja kapitału.

Nigdy też nie powiem klientom, by inwestowali bez przygotowania. Bo ryzyko jest duże, straty są możliwe, a te zdarzają się najlepszym. Nie każdy produkt jest też dla nich dobry – dlatego nie oferujemy klientom np. opcji binarnych.

Nikt nie da nam również pewności, że taka sytuacja jak z „czarnego czwartku” się nie powtórzy. Tylko teraz wszyscy będą na to lepiej przygotowani.

Pozwoli pan, że to co pan nazywa inwestowaniem, ja nazwę spekulowaniem. To chyba lepiej oddaje istotę tego rynku.

Problem w tym, że słowo „spekulacja” bardzo źle się w Polsce kojarzy. Zupełnie niesłusznie, bo spekulanci na rynkach są potrzebni. Dzięki nim rynki żyją.

Poza tym, jeżeli zawiera pan wiele transakcji dziennie i używa do tego wysokiej dźwigni finansowej, to zgoda – jest pan spekulantem. Ale ostrożne transakcje np. na ropie czy płodach rolnych nazwałbym jednak inwestowaniem.

Dobrze. Załóżmy, że zainwestowałem – jak pan mówi – w ropę. Kiedy dostarczycie mi ją pod drzwi?

To nic innego jak gra słów. Platformy transakcyjne dają szereg możliwości lokowania kapitału w instrumenty finansowe, które odwzorowują ceny walut, surowców, czy indeksów giełdowych.

Zgoda. Tylko za każdym razem gracz zakłada się o wzrost lub spadek ceny. Inwestycja czy spekulacja?

Dobrze, to ja zadam inne pytanie. Niech mi pan powie: czy to jest złe?

Nie twierdzę, że jest złe.

Nie wierzę, że to od pana usłyszałem. Po godzinie rozmowy wreszcie się w czymś zgodziliśmy.

money.pl