Jak ewoluował trading? Trochę historii

457
trading forex

Trading

Każdego dnia traderzy, inwestorzy i różni spekulanci dokonują obrotu walutami, wartego ponad 6,1 biliona dolarów. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wolumen tych transakcji wzrósł jeszcze bardziej, napędzany coraz nowocześniejszymi technologiami i zwiększoną ekspozycją, zwłaszcza w krajach rozwijających się.

Jednak nie zawsze tak było.

Kiedyś rynek walutowy był zarezerwowany tylko i wyłącznie dla wielkich instytucji, takich jak banki czy fundusze hedgingowe w krajach rozwiniętych. Instytucje te wymagały oprogramowania, sprzętu komputerowego, który kosztował wtedy tysiące dolarów, a także olbrzymiego kapitału.

Obrót walutami sięga roku 1875, gdy na świecie pojawił się tzw. złoty standard. W tamtym okresie przedsiębiorstwa działające na rynku międzynarodowym płaciły za towary i dobra złotem i srebrem. Było to jednak dość trudne, ponieważ ceny tych kruszców wahały się, w zależności od popytu i podaży.

W związku z tym wprowadzony został właśnie złoty standard, który zastępował złotem każdą walutę.

Złoty standard napotkał pierwsze problem podczas pierwszej wojny światowej, gdy Niemcy potrzebowały olbrzymich nakładów na rozwój wojskowości. Wymagana była tak duża ilość pieniędzy, że złoto nie było wstanie zastąpić waluty, a przez to złoty standard musiał zostać zawieszony.

Po drugiej wojnie światowej doszło do spotkania w Brenton Woods w New Hampsire, gdzie ustalono stały kursy walut, powstał Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Międzynarodowy Bank Odbudowy i Rozwoju oraz GATT (Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu). Zgodzono się również na zastąpienie dolara złotym standardem.

System z Brenton Woods działał przez 25 lat. Zrezygnowano z niego, gdy okazało się, iż rezerwy dolara są zbyt niskie. Prezydent Richard Nixon podjął decyzję o wycofaniu się z wymiany dolarów na złoto, co doprowadziło do wzrostu cen kruszcu, z uwagi na fakt, iż państwo zależało na zdobyciu jego jak największej ilości.

Gdy umowa z Bretton Woods straciła ważność, światowi przywódcy spotkali się w roku 1976 na konferencji w Kingston na Jamajce, która zaowocowała historyczną umową, pozwalającą na to, by rządy same decydowało o przyszłości monetarnej swoich państw. Wprowadzono dolaryzację, zrezygnowano parytetów, wprowadzono płynne kursy walut, a złoto stało się po prostu jednym z wielu towarów.

Państwa zdecydowały się na to, by korzystać z dolara jako waluty alternatywnej i używać go jako środka płatniczego. Pozwoliły także, by kurs walut był płynny, w zależności od poziomu popytu i podaży.

Funkcjonowanie współczesnego rynku wymiany walut zawdzięczamy właśnie temu, że kursy walut przestały być sztywne i mogą wahać się w górę i w dół, zależnie od popytu oraz podaży.

W przeszłości obracać walutami mogły tylko i wyłącznie wielkie instytucje i rządy. Zwyczajni, indywidualni traderzy mieli możliwość tylko i wyłącznie wymieniać własną walutę na inną. W dodatku, aby tego dokonać, musieli to zrobić osobiście.

Jednak wielkie instytucje miały już wtedy dostęp do technologii umożliwiającej analizę kursów walut oraz handel. Najlepszym przykładem jest tu funt brytyjski, znany również pod nazwą „kabel” (cable) – nazwa pochodzi  od przewodu poprowadzonego między Londynem a Nowym Jorkiem. Na tego typu rozwiązania stać było jednak tylko najbogatszych inwestorów.

Począwszy od lat dziewięćdziesiątych trading, dzięki rozwojowi nowych technologii, trading stawał się w coraz większym stopniu zdecentralizowany. Jako jedni z pierwszych, sraz z innymi pionierami w branży, udostępniliśmy technologie transakcyjne dla ludzi z całego świata. Kiedyś do przeprowadzenia transakcji potrzebne były tysiące dolarów, dzisiaj każdy, kto dysponuje  kwotą nawet 200 dolarów może zacząć handlować.

Nowoczesne rozwiązania handlowe stale są udoskonalane, a dzięki wprowadzeniu mobilnych aplikacji można przeprowadzić transakcje z każdego miejsca na świecie, w każdym momencie. W zeszłym roku ta sama technologia sprawiła, że światem zawładnął rynek kryptowalutowy, na którym prym wiodą cyfrowe waluty takie jak bitcoin czy ethereum.

Trading, inwestowanie czy gra?

Wychodząc na boisko, powinieneś zdecydować na jakiej pozycji chcesz w tym meczu zagrać. Masz do wyboru stanowiska ofensywne i defensywne. To, które z nich wybierzesz zależy od stopnia agresywności twojego charakteru, predyspozycji indywidualnych, upodobań i wyznaczonego celu. Na rynku jest podobnie. Możesz zostać traderem lub inwestorem. Jeśli należysz do aktywnych osób, które nie mogą ustać w miejscu, niecierpliwią się i chcą raczej działać niż czekać, możesz zostać traderem. Taka osoba czerpie zyski z krótkoterminowych zmian cen instrumentów finansowych. Natomiast jeżeli potrafisz wyczekać na dogodną okazję oraz rezultat przez dłuższy czas, możesz zostać inwestorem i liczyć na długoterminowe zyski.

Na co musisz uważać? Nie przetrzymuj strat, bo staniesz się graczem.

Panuje powszechne przekonanie, że niechęć do zamykania transakcji stratnych i ich przetrzymywanie, zmienia tradera w gracza. Co niektórzy żartobliwie mówią, że z tradera robi się inwestor długoterminowy, ale oczywiście w tym wypadku to już tylko hazard. Tego typu zachowanie bardzo często kończy się niestety katastrofalnie. Uczestnicy rynku zaczynają z myślą o szybkich zarobkach, lecz gdy tylko zaczynają tracić, wydłużają horyzont czasowy i ich transakcje zmieniają się w inwestycje, często nawet bardzo długoterminowe.

Wyobraź sobie, że przeprowadziłeś analizę danego waloru. Nieistotne, czy zastosowałeś analizę techniczną, fundamentalną, behawioralną, czy też wszystkie naraz. Niemniej jednak poświeciłeś na nią dużo czasu i jesteś z niej dumny. Jeśli okaże się, że dobrze przewidziałeś ruch cen to możesz sobie pogratulować. Spodziewaj się jednak poważnych kłopotów, kiedy będzie odwrotnie i pozycja zacznie tracić. Będziesz miał wówczas dwa wyjścia. Albo przyznasz się, że się mylisz albo błąd popełnia rynek. Jak myślisz, co zrobisz? Przyznasz się, że jesteś w błędzie? Przypuszczam, że nie i w ten właśnie sposób twoja transakcja stanie się “inwestycją”. Zapewne będziesz karmił swój mózg ideą, że rynek się jeszcze odwróci, że nie możesz zaakceptować tak wielkiej straty, albo że mimo wszystko masz racje. Nie licz na to, że tak będzie. Być może, raz na jakiś czas, rynek w jakiś cudowny sposób zawróci, bo cuda od czasu do czasu się zdarzają, niemniej jednak do tego czasu twój portfel dozna zbyt dużej utraty środków, aby odrobić straty.

Sytuacja w której nie wychodzimy z pozycji z powodu zbyt dużej straty nazywana jest personifikacją transakcji. Jest to naturalny objaw ludzkiego oblicza. Nikt nie chce tracić pieniędzy i przyznawać się do błędu. Tym, którzy mają z tym problem, rynek zaczyna wystawiać zwykle bardzo wysoki rachunek, jednak to od ciebie zależy w którym momencie powiesz stop i za niego zapłacisz.

gra

Kiedy być traderem, a kiedy inwestorem?

Jedna z najbardziej znanych zasad inwestowania, mówi „graj zgodnie z trendem”. Może warto być zatem inwestorem w początkowej fazie tworzenia się trendu, a traderem w jego końcowej fazie i podczas jego odwracania? Takie podejście wydaje się być bardzo roztropnym wyborem. Jak tylko wychwycisz trend, dajmy na to wzrostowy, ponieważ panuje hossa, stosujesz metodę kup i trzymaj tak długo, aż zobaczysz przesłanki świadczące o możliwości jego zakończenia. Później stajesz się traderem. Sprzedajesz każdą zwyżkę i kupujesz każdą zniżkę z taką częstotliwością z jaką występują. Na rynku akcyjnym hossa trwa zwykle dłużej niż bessa. Jednakże podczas bessy ruchy cen i dystanse jakie pokonują następują znacznie szybciej. Trader roztropnie zarządzający swoim depozytem może zarobić podczas bessy równie dużo, jak w okresie hossy i to w dodatku w istotnie krótszym czasie.

Podsumowanie

Z tego też względu warto wyzbyć się uprzedzeń i nie przekreślać bycia traderem, czy też mówiąc wprost spekulantem. Lojalność sprawdza się wśród przyjaciół i bliskich, ale nie sprawdza się na rynku. Jedynym obowiązkiem inwestora jest zająć pozycję po właściwej – dochodowej stronie rynku. Czasami będzie to pozycja długa (hossa), a czasami krótka (bessa).