Czy Polska wkroczyła w Złoty Wiek?

740

Opublikowane niedawno przez ekonomistę Banku Światowego opracowanie przedstawia świetlistą wizję polskiej gospodarki w XXI wieku. Czy te prognozy mogą zadziałać?

Marcin Piątkowski nie przypadkowo zatytułował swoją analizę „Polski nowy złoty wiek”. Rozpoczyna się od porównania obecnego stanu polskiej gospodarki z jej względnym poziomem rozwoju w XVI wieku. Za panowania ostatnich Jagiellonów przyszedł nie tylko szczyt politycznego znaczenia naszego kraju, ale także szczyt konwergencji, czyli nadrabiania zaległości z bardziej rozwiniętymi krajami Europy Zachodniej. Wzrost dobrobytu zapewnił pokój z sąsiadami i rosnące zapotrzebowanie na polskie zboże za granicą. W kolejnych stuleciach pokój niszczyły wojny ze wszystkimi sąsiadami (z wyjątkiem politycznie rozdrobnionych Niemiec), a nieefektywna struktura własnościowa w rolnictwie została przeniesiona na systematycznie zmniejszającą się produktywność. W rezultacie PKB per capita w Polsce spadł z około 62 procent średniej dla Europy Zachodniej w 1500 roku do około 58 procent w 1700 roku.

Kolejne dekady przyniosły szybsze i szybsze względne pogorszenie naszego statusu materialnego. Polska została praktycznie ominięta przez pierwszą fazę rewolucji przemysłowej. W 1870 r. względny dochód na mieszkańca na terytorium Polski spadł do 45% obecnych krajów UE-15. Od tego czasu nastąpiła pewna poprawa (pamiętamy „Lalkę” czy „Ziemię obiecaną”), którą przerwała wojna, która przyniosła nam niepodległość. Niestety, II Rzeczpospolita nie pomogła dogonić Zachodu – na kryzys lat 30. z pewnością rzucono cień, którego skutki Polska odczuwała najboleśniej w Europie. Paradoksalnie, wojna przyniosła pewną poprawę względnego dobrobytu – w wyniku czego zamieniliśmy obszary biedne w bogatsze, a Europa, zwłaszcza Niemcy, również poniosła ogromne straty. W rezultacie poprawiły się statystyki dotyczące konwergencji – w 1950 roku dochód na głowę mieszkańca w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej osiągnął połowę tego, co w Europie Zachodniej. Jednak pod tym względem było jeszcze gorzej. W trakcie PRL i w wyniku niezbędnej restrukturyzacji gospodarki, PKB per capita w stosunku do najbogatszych krajów UE spadł w 1992 r. do 28 proc. w historii nigdy wcześniej nie odnotowanych.

Powrót złotego wieku

Okres 1992-2013 przyniósł bezprecedensową poprawę w tym zakresie. Po raz pierwszy od czasów Wokulskiego i Borowieckiego poprawa ta nie wynikała z zubożenia sąsiadów, ale z szybszego zamożności Polaków. Przez niecałe 25 lat udało nam się nadrobić pięciowieczne opóźnienie. W 2013 roku PKB na mieszkańca w stosunku do Europy Zachodniej przekroczy poziom 1500. Co więcej, wszystko to wskazuje, że tendencja ta będzie się utrzymywać, dlatego uzasadnione jest mówienie o nowym Złotym Wieku. Pytanie brzmi: czy możliwe jest utrzymanie obecnego tempa nadrabiania zaległości z Zachodem?

W latach 2003-2012 dogoniliśmy UE-15 w tempie 3,3 punktów procentowych rocznie. Ten wskaźnik prawdopodobnie nie jest trwały. Jednak jego drastyczne zmniejszenie, przewidywane przez oficjalne ośrodki, takie jak Komisja Europejska czy OECD, wydaje się autorowi badania całkowicie nieprawdopodobne. Na przykład w latach 2010-2012 Komisja Europejska przewiduje konwergencję na poziomie zaledwie 0,6 punktu procentowego PKB rocznie. Takie tempo, które ma zwolnić w kolejnych latach, nie gwarantuje, że Zachód nadrobi je nawet za 40 lat. Dlaczego rzeczywistość powinna wyglądać lepiej niż prognozy?

Mocne strony Polaków

Piątek daje kilka interesujących argumentów. Cytuje on między innymi badania pokazujące, w jaki sposób imigracja wzrasta wraz z poziomem zamożności społeczeństw, co przekłada się na dodatkowe ręce do pracy w celu złagodzenia problemów demograficznych. Ponadto uważa, że prognoza KE nie uwzględnia w wystarczającym stopniu pozytywnego wpływu funduszy strukturalnych UE, które w latach 2014-2020 ponownie napłyną do Polski w szerokim strumieniu. Innym argumentem jest stabilizacja prawna spowodowana przez prawodawstwo unijne i nadrzędną jurysdykcję Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Ponadto, istnieje również jeden z najwyższych na świecie poziomów nauczania młodzieży po ukończeniu szkoły średniej. Prawie 60% osób w wieku 18-24 lat ma wykształcenie wyższe. Tylko Islandia jest pod tym względem lepsza od nas wśród krajów OECD objętych badaniem.

Wreszcie, Piątkowski dodaje, że postępująca zmiana pokoleniowa w Polsce ma również istotne konsekwencje dla wzrostu gospodarczego, który najprawdopodobniej ignoruje oficjalne prognozy. Stopniowe odchodzenie z rynku pracy pokolenia wykształconego i wychowanego w PRL-u oraz zastępowanie go rocznikami lat 80. i 90. ubiegłego wieku, które są wykorzystywane w gospodarce rynkowej, doprowadzi do bardzo korzystnych zmian kulturowych. Miejsce roszczeń i apatii zajmie pracowitość i kreatywność.

Nie popadajmy w samozachwyt

Wszystko brzmi pięknie i jest w tym zdecydowanie dużo prawdy. Jednak złoty wiek piątku zbytnio przypomina historyczny złoty wiek, kiedy to szlachta z radością przyglądała się, jak chłopi zbierają ziarno, które można dobrze sprzedać w Holandii i wymienić na towary importowane. Innymi słowy, dobrobyt po prostu przyszedł sam i nie wymagał wiele wysiłku z naszej strony. Jednak wyłączając pomoc unijną, która przecież i tak musi być mądrze wydatkowana, te czynniki wzrostu tylko determinują potencjał Polski, nie przesądzając o możliwości jej realizacji. Analiza zagrożeń przeprowadzona przez ekonomistę Banku Światowego w niewielkim stopniu wychyla się, a niektóre z przytoczonych w niej argumentów są zdecydowanie za wysokie.

Po pierwsze, nie liczyłbym na znaczący napływ imigrantów do Polski. Moim zdaniem związek między dochodami a poziomem imigracji jest oczywisty. Liczy się względny dochód, a nie dochód bezwzględny. Emigrant próbuje wyjechać do kraju, w którym będzie w stanie zarobić najwięcej pieniędzy. Dopóki Polska oferuje jedne z najgorszych warunków pracy w Europie, połowa emigrantów będzie unikać naszego kraju w szerokim łuku. Oczywiście mogą nam pomóc inne czynniki, takie jak podobieństwo kulturowe do naszych wschodnich sąsiadów. Aby jednak umożliwić masowe otwarcie się na imigrantów ze wschodu, konieczne jest przekonanie o tym UE.

Najlepsza edukacja w Polsce?

Drugą wątpliwą kwestią jest nasza przewaga konkurencyjna w edukacji. Tak się złożyło, że dystans pomiędzy wszystkimi krajami OECD z wyjątkiem Islandii należał do dość specyficznej kategorii. Niestety, nasze zwycięstwo polega bardziej na słabości niż sile. Autor przyjrzał się tylko jednej kolumnie tabeli dotyczącej edukacji policealnej, która mówiła o klasycznej edukacji teoretycznej na poziomie akademickim. Tymczasem jest też druga pozycja (edukacja typu B), która mówi o odsetku absolwentów z podejściem praktyczno-technicznym, często lepiej przygotowujących się do zawodu. W Polsce jest ich bardzo mało – tylko 1 procent. Po podsumowaniu dwóch kolumn tabeli utrzymujemy wysoką pozycję, ale już 9 krajów jest od nas lepszych.

Poza tym fakt, że znacznie wyprzedzamy Niemcy czy Szwajcarię, nie wróży dobrze. Nie trzeba się łudzić, że przeciętny Polak rodzi się znacznie bardziej utalentowany niż jego kolega z Zachodu. Być może istnieje jakiś racjonalny powód, dla którego w tych krajach nie ma tak wielu absolwentów. Nota bene Hiszpania wyprzedza również Niemcy, gdzie bezrobocie wśród młodzieży wynosi 56%, a u naszych zachodnich sąsiadów 7,7%.

Moim zdaniem poziom wykształcenia akademickiego nie powinien być zbyt niski, ale też nie powinien być zbyt wysoki. Wraz ze wzrostem odsetka absolwentów obniża się niestety jakość kształcenia. Osoby o słabym wykształceniu teoretycznym nie są poszukiwane na rynku pracy. Jednak kształcimy bardzo niewielu specjalistów i praktykantów. Edukacja jest zatem nie tylko naszym atutem, ale także kolejnym obszarem wymagającym reformy. I niezbędna lista tych osób i bez niej jest długa. Poczynając od radykalnej poprawy funkcjonowania sądów i zwiększenia oszczędności narodowych, obejmuje to uproszczenie systemu podatkowego, reformę finansów publicznych czy znalezienie sposobu na sfinansowanie ogromnego deficytu w ZUS, który pojawi się za kilka lat. W tym kontekście cenniejszym drogowskazem jest opublikowany w czerwcu raport Hausnera. Z drugiej strony jednak wizja nowego Złotego Wieku może być atrakcyjną inspiracją dla polityków do wdrażania często niepopularnych reform.