Nacjonalizować straty

586

Nacjonalizować straty

Opis sytuacji, w której rządy subsydiują znajdujące się w ciężkiej sytuacji podmioty sektora prywatnego w imię interesu publicznego. Przykładowo przedsiębiorstwo, które uważa się za symbol krajowego przemysłu (chociażby Rolls Royce w Wielkiej Brytanii lat 70. XX w.) ratuje się w ramach polityki rozwoju przemysłowego, ale również po to, by ocalić poczucie dumy narodowej. Można też utrzymać przy życiu spółkę działającą w podupadłym regionie kraju, ponieważ summa summarum będzie to tańsze niż wypłata zasiłków socjalnych dla nowych bezrobotnych, którym rynek i tak nie oferuje alternatywnych form zatrudnienia. Nawet gospodarki w pełni wolnorynkowe mogą uzasadnić zawieszenie doktryny prawa do bankructwa, jeśli uznają, że konieczność podjęcia takiego kroku dyktowana jest dobrem społeczeństwa. W końcu duża część rządowych wydatków (np. na edukację, służbę zdrowia, obronę narodową itd.) pokrywa „niewydolność rynkową” tych sektorów. W wypadku bankowości uruchomienie rządowych pakietów pomocowych dla instytucji „zbyt dużych, by upaść”, może być racjonalizowane potrzebą uniknięcia epidemii braku zaufania oraz systemowej paniki. Nie licząc kosztu obciążenia skarbu publicznego (które często rekompensuje się podnoszeniem podatków), nacjonalizowanie strat banków generuje dodatkowe koszty innej natury. Ustanowienie precedensu może bowiem doprowadzić m.in. do zaistnienia ryzyka moralnego. Udziałowcy banku doskonale wiedzą o tym, że zapłacą bolesną cenę, ponieważ strumień rządowego kapitału drastycznie zmniejszy ich wpływy. Niemniej jednak zachowania poszczególnych bankierów w agresywnym banku (szczególnie zarządzanym na gruncie wadliwego ładu korporacyjnego) to już zupełnie inna historia. Jeśli ich nierozważna gra przynosi zyski, będą zbijali na premiach pokaźne fortunki. Moralne konsekwencje porażki dla obu stron są niewspółmierne. Rządowe dotacje przynoszą bankierom co najmniej takie same korzyści jak społeczeństwu, ale to obywatel płaci końcowy rachunek (zob. poniższe cytaty). Budzi to olbrzymi sprzeciw systemowy opinii publicznej. Nic więc dziwnego, że po kryzysie kredytowym lat 2007–2009, który wymusił uruchomienie potężnych pakietów pomocowych, ogniste morze protestów przeciwko nacjonalizowaniu strat potęguje determinację, by nieważne jak, ale uniknąć podobnej sytuacji w przyszłości. W ten sposób do łask wrócił trend ponownej regulacji.

Prawidłowe funkcjonowanie

Nie popieram resentymentów rynkowych wielu protestujących. Banki to bezcenne instytucje, które potrafią zrobić najlepszy użytek z kapitału oraz podnieść standard życia społeczeństwa, jeśli funkcjonują prawidłowo. Prawdą jest jednak również, że gigantyczne lewarowanie windowało zyski banków w latach prosperity, ale i ryzyko publiczne w latach dekoniunktury. Banki nacjonalizowały w ten sposób ryzyko i prywatyzowały zyski. Sekurytyzacja kredytów hipotecznych wpędziła państwa w długi, ludziom odebrała domy, a z bankierów uczyniła bogaczy.

Bankers and Revolutionaries, „International Herald Tribune”, 3 października 2011 r., s. 9

Orzeł – wygrywam, reszka – wygrywam

Absurdalne rozumienie „świadomości ryzyka” charakteryzowało wielkie amerykańskie banki, które znalazły się w tarapatach finansowych. Wiele z nich stanęło na skraju bankructwa po kryzysie na rynku nieruchomości we wczesnych latach 90. W wyniku tych perturbacji dysfunkcyjny obecnie rynek kas oszczędnościowo-pożyczkowych musiał zostać dokapitalizowany z kieszeni obywateli na ponad pół biliona dolarów. Rezerwa Federalna chroniła banki na nasz koszt – kiedy „konserwatywni” bankierzy zarabiają, zbierają całą śmietankę; gdy im się nie udaje, to my ponosimy koszty.

Nassim Nicolas Taleb, The Black Swan, 2006, s. 43